19 stycznia 2011

Piła 3D (Saw 3D)

Z serią filmów Piła jest podobnie jak z grą komputerową The Sims. W obu przypadkach za każdym razem widz/gracz otrzymuje praktycznie to samo, ale producentom nie przeszkadza to w tworzeniu kolejnych części, a widzom/graczom w ich odbieraniu. 

Komuś, kto – podobnie jak ja – nie oglądał wszystkich części może się wydawać, że najnowsza, siódma już z kolei Piła będzie przez niego niezrozumiana, ale prawda jest taka, że to czy oglądało się pierwszą, trzecia czy nawet wszystkie części nie ma najmniejszego znaczenia. Motyw wciąż jest ten sam. 

Ktoś – może niekoniecznie Jigsaw, pomysłodawca całej idei wciągania ludzi do gry, w której muszą udowodnić czy naprawdę chcą przeżyć (on bowiem najprawdopodobniej zginął kilka Pił wcześniej) – znowu zaczyna porywać ludzi, którzy nie zawsze wychodzą cało z opresji. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w tle przewijają się różne zaskakujące postacie, takie jak na przykład mężczyzna, który dzięki oszukiwaniu innych, że zdołał wyjść z jednej z morderczych pułapek, obecnie zarabia duże pieniądze; jedna ze starych ofiar Jigsawa, która otrzymała od niego tajemnicze zadanie; partnerka psychopaty; jego uczeń; wokalista zespołu Linkin Park... 

O grze aktorskiej nawet nie ma co pisać. Niektórzy z większym – jak wspomniany już muzyk, Chester Bennington, który zagrał jednego z rasistów – lub mniejszym zaangażowaniem próbują pokazać ten cały ból i rozpacz, których w filmie nie brakuje. Bez rewelacji, ale do tego typu produkcji wystarczająco. Efekty specjalne podzieliły miłośników serii, bo niektórym podobały się te zastosowane w siódmej części Piły, ale dużo osób narzekało na bardzo słabą jakość ich wykonania.

Dla miłośników serii jest to pozycja obowiązkowa, bo ponoć ostatnia. Biorąc jednak pod uwagę zakończenie filmu, wydaje się to być mało prawdopodobne. Pozostali widzowie, którzy nie poznali się na poprzednich częściach, z pewnością nie zrobią tego dzięki finałowej odsłonie.

Plusy:
+ ponoć jest to ostatnia część (dla osób, które nie przepadają za serią)
+ zaskakujące zwroty akcji
+ twórcy wciąż wymyślają nowe pułapki
+ scena, dzięki której widzowie zobaczą, że nie warto być rasistą 

Minusy:
- ponoć jest to ostatnia część (dla osób, które są miłośnikami Piły)
- niespójna
- błędy w fabule (biorąc pod uwagę poprzednie części) 

1 stycznia 2011

Filmy i recenzje 2010 – podsumowanie


W 2010 roku miało miejsce kilka ważniejszych premier i chociaż nie wszystkie zostały przez nas obejrzane, to kilka produkcji należących do kategorii „pozycja obowiązkowa” udało nam się opisać. 

Alicja w Krainie Czarów to pierwszy film z 2010 roku, który opisaliśmy na stronie. Recenzja może nie była zbyt obiektywna – pisał ją miłośnik książki oraz Tima Burtona – ale pojawiły się w niej głosy krytyki, więc aż tak kolorowo nie było. Ocena 5/6 była więc odpowiednia. 

Ciacho również zostało zrecenzowane przez jednego z naszych redaktorów, ale... polscy widzowie nie są jeszcze gotowi na takie filmy i wiele osób nie zgodziło się z opinią recenzenta. Trzeba jednak przyznać, że jak na polskie produkcje, Ciacho zostało nakręcone z rozmachem. 

Incepcja jest najlepszym z filmów całego 2010 roku. Przemyślana fabuła, dobra gra aktorska, świetna muzyka – ocena 5 jest jak najbardziej uzasadniona. Pozycja obowiązkowa! 

Niezniszczalni byli dowodem, że Stallone wciąż jest twardzielem i należy się z nim liczyć. Film może niektórym wydawać się płytki, ale przyznaliśmy mu ocenę 5. 

Scott Pilgrim kontra świat to chyba najoryginalniejsza produkcja mijającego roku. Wyjątkowo komiksowa adaptacja komiksu (niestety) została przez polskich dystrybutorów całkowicie pominięta. Może w przyszłym roku ktoś naprawi ten błąd? Ocena 5 powinna wszystkich zachęcić do seansu. Pozycja obowiązkowa! 

Devil's Playground to całkowita porażka – przede wszystkim dla miłośników zombie i horrorów, ale chyba nie znajdzie się nikt, kto by przy tym filmie się dobrze bawił. Oceniliśmy go na 2 i to o czymś świadczy. 

Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I – jest to raczej pół recenzja, bo przecież film nie jest jeszcze skończony. Podział ostatniej części przygód młodego czarodzieja na dwa filmy to świetne posunięcie marketingowe, ale trzeba przyznać, że ciężko byłoby pokazać całą historię w jednym filmie. Produkcja trudna w ocenie – momentami dobra, a czasami bardzo rozczarowująca.

3 grudnia 2010

Opowieść wigilijna (A Christmas Carol)

Dopiero rok po premierze obejrzałem najnowszą wersję Opowieści wigilijnej w reżyserii Roberta Zemeckisa, który w przeszłości wyreżyserował Ekspres Polarny, trzy części Powrotu do przyszłości oraz Forresta Gumpa!

Gdy zasiadałem do tej produkcji, przypomniały mi się zapowiedzi w telewizji emitowane rok temu: "film dla całej rodziny", "wspaniała opowieść, która przykuje uwagę całej rodziny". Sądziłem, że będzie to lekkie i przyjemne do strawienia. Jak się pomyliłem! Gdybym miał dzieci, nie wysłałbym ich na seans tego filmu, na pewno nie przed ich trzynastymi urodzinami! No, może gdybym chciał je w jakiś sposób ukarać i nastraszyć, gdyby były zbyt niegrzeczne. Sądzę, że gdyby powstało to dobre piętnaście lat temu, a moi rodzice puścili by mi ten film, byłbym teraz zupełnie innym człowiekiem!

Tak naprawdę animowane sceny przerażają odbiorców. Fakt, Carol Dickens napisał powieść mającą być przestrogą i zmusić do refleksji nad swoim zachowaniem. Jednakże jeżeli głównymi odbiorcami mieli być młodsi widzowie - a tak też było, bo do kin udawały się głównie rodziny z dziećmi, także tymi najmniejszymi - mogły utkwić w głowach najmłodszych te nieprzyjemne obrazki, jak na przykład: wypadająca szczęka duchowi Marleya, sceny z trumną... Niby nie jest takie straszne, ale gdy dochodzi do tego realizacja, a Disney naprawdę przyłożył się do stworzenia tego filmu, napawa nas grozą.

Każdy z nas zapewne zna historię spisaną przez Carola Dickensa - Ebenezer Scrooge to stary skąpiec, zamknięty w sobie i nieprzychylny dla ludzi mimo swego bogactwa. W wigilijną noc przychodzą do niego trzy duchy: duch poprzednich świąt, duch teraźniejszych świąt oraz duch świąt przyszłych. Po ukazaniu mu różnych wizji, udaje się 'naprostować' Scrooge'a. Właśnie moment przemiany Ebenezera jest najprzyjemniejszym etapem filmu, widz zaczyna się śmiać i oddziałuje na niego pozytywna energia niegdyś złego człowieka, zmienionego w dobrodusznego, pogodnego staruszka - uśmiech sam ciśnie się na usta!

Realizacja jest znakomita, jak to na Disneya przystało i gdyby nie fakt, że tak jak wspomniałem, nie poleciłbym go młodszym widzom, to dla nieco starszych odbiorców jest on znakomitą pożywką przed świętami Bożego Narodzenia - jako swego rodzaju lekcja życzliwości.

Plusy:
+ wykonanie
+odzwierciedlenie treści książki
+zmusza do refleksji
+gra aktorów w wersji anglojęzycznej, w polskiej - dubbing
    Minusy:
    - na siłę doczepić się można do tego, że nie jest dla wszystkich tak jak była reklamowana
      Moja ocena: 5+/6

      Interesuje Cię zakup tego filmu? Znajdziesz go w Gandalfie!

      24 listopada 2010

      Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I

      Najnowsza część przygód „chłopca, który przeżył” w reżyserii Davida Yatesa jest najmroczniejszą ze wszystkich siedmiu, które do tej pory powstały. Czy to wystarczy, aby film uznać za udany? 

      Voldemort (Ralph Fiennes) i jego poplecznicy rosną w siłę, natomiast siły dobra nie dość, że i tak są niewielkie, to jeszcze przez cały czas się przerzedzają. Harry (Daniel Radcliffe) i jego przyjaciele w końcu postanawiają rzucić szkołę i wyjść naprzeciw przeznaczeniu, którego i tak nie unikną. Jest jednak pewien problem – wypełnienie woli nieżyjącego Dumbledore'a (Michael Gambon) z każdą chwilą staje się coraz trudniejsze... 

      Po bardzo dobrze zrealizowanym początku, na który składa się kilka różnych, stosunkowo krótkich scen (eskortowanie Harry’ego Pottera, spotkanie śmierciożerców) następuje małe rozczarowanie. Zauważalnie spada tempo akcji, które w książce przez cały czas było na naprawdę wysokim poziomie. Na szczęście co jakiś czas pojawia się jakiś „dopalacz”, dzięki któremu akcja nabiera rozpędu, a widz zapomina o otaczającym go świecie. Doskonałym przykładem takiej sceny było drugie pojawienie się Zgredka, który za każdym razem pokazuje, jak potężne są domowe skrzaty. Scena tańca Hermiony (Emma Watson) i Harry’ego była jedną z najlepszych, które reżyser dodał od siebie do tej magicznej historii. Okrutny świat, niezdarny Harry i piosenka Nicka Cave’a zatytułowana O Children. Zaskakujące i udane posunięcie. 

      Gra aktorska jest taka jak zawsze w przypadku filmów o przygodach młodego czarodzieja (przynajmniej w kilku ostatnich częściach), czyli aktorzy grają dobrze, chociaż momentami wypadają (również w dialogach) za bardzo przerysowanie i nieco sztucznie. W ciekawy sposób (w formie animowanej) zrealizowano opowieść o trzech braciach, którzy próbowali oszukać śmierć. Muzyka, za którą odpowiada Alexandre Desplat, jest świetnie dopasowana. Dzięki niej film jest jeszcze mroczniejszy. Nieco gorzej jest z dialogami – momentami są bardzo infantylne i sztuczne, chociaż w pewnym stopniu równoważy to przygnębiającą atmosferę filmu. 

      Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I to film, który mogą obejrzeć nawet osoby nieznające tej historii, ale z pewnością nie połapią się one we wszystkich wątkach, powiązaniach między bohaterami i symbolach, których w filmie jest dosyć dużo. 

      Plusy:
      + mroczny
      + jest to jedna z najlepszych części
      + bardzo dobry początek 

      Minusy:
      + aktorzy grający główne role są już trochę za starzy
      + nie do końca widać ogromny budżet, którym dysponowali twórcy
      + nieco sztuczny
      + mógłby być lepszy
      + słabe zakończenie, które powinno bardziej zachęcić widzów do obejrzenia drugiej części