Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

23 lutego 2011

Wyspa tajemnic (Shutter Island)

Film Martina Scorsese największe zdziwienie wywołał we mnie tym, że nie otrzymał żadnej nominacji do Oscara. Jest to wielka kpina i tym samym Nagrody Akademii przestały mieć dla mnie większe znaczenie. 

W końcu można nie lubić tego typu filmów (Wyspa Tajemnic jest thrillerem psychologicznym), ale nikt chyba nie zaprzeczy, że jest to niezwykle sprawnie wyreżyserowana produkcja, która na pewno na długo zapadnie wszystkim w pamięć. Historia przedstawiona w filmie jest oparta na książce zatytułowanej Wyspa skazańców, a fabuła jest niezwykle rozbudowana i chociaż widzowi wielokrotnie wydaje się, że odgadł on zakończenie całej historii, to w końcu okazuje się, że to wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane niż mogło się na początku wydawać. 

Dwóch detektywów federalnych zostaje wysłanych na wyspę, na której mieści się zakład psychiatryczny dla najgorszych przestępców. W niewytłumaczalny sposób jedna z pacjentek opuściła teren szpitala i nikt nie wie jak to się stało. Czy inteligentnemu detektywowi Teddowi Danielsowi (w tej roli świetnie wypadł Leonardo DiCaprio) uda się rozwiązać sprawę bez narażania się na niebezpieczeństwo? Czy pacjentka w rzeczywistości uciekła, a jeżeli nie, to czy ona w ogóle... istniała?
Tego typu pytań jest w filmie naprawdę dużo. Momentami Wyspa Tajemnic może wydawać się niespójna, ale najprawdopodobniej jest to świadomy zabieg reżysera, który w ten sposób chciał wiernie oddać postrzeganie świata przez głównego bohatera. 

Każdy z aktorów występujących w filmie dał z siebie wszystko i nawet aktorzy drugoplanowi, którzy odgrywają personel szpitala lub osoby psychicznie chore, stworzyli zapadające w pamięć kreacje. Nastrojowa muzyka dodatkowo zwiększa uczucie zagubienia, które dopada widza wraz z rozwojem akcji. 

Wyspa Tajemnic to naprawdę udany film i szkoda, że przez niektórych jest on tak bardzo niedoceniany. 

Plusy:
+ gra aktorska
+ muzyka
+ reżyseria
+ fabuła
+ zdjęcia
+ scenografia
+ zakończenie
+ trzyma w napięciu 

Minusy:
- dla niektórych osób może być przydługi
- miejscami niespójny (o ile nie jest to zamierzone) 

19 stycznia 2011

Piła 3D (Saw 3D)

Z serią filmów Piła jest podobnie jak z grą komputerową The Sims. W obu przypadkach za każdym razem widz/gracz otrzymuje praktycznie to samo, ale producentom nie przeszkadza to w tworzeniu kolejnych części, a widzom/graczom w ich odbieraniu. 

Komuś, kto – podobnie jak ja – nie oglądał wszystkich części może się wydawać, że najnowsza, siódma już z kolei Piła będzie przez niego niezrozumiana, ale prawda jest taka, że to czy oglądało się pierwszą, trzecia czy nawet wszystkie części nie ma najmniejszego znaczenia. Motyw wciąż jest ten sam. 

Ktoś – może niekoniecznie Jigsaw, pomysłodawca całej idei wciągania ludzi do gry, w której muszą udowodnić czy naprawdę chcą przeżyć (on bowiem najprawdopodobniej zginął kilka Pił wcześniej) – znowu zaczyna porywać ludzi, którzy nie zawsze wychodzą cało z opresji. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w tle przewijają się różne zaskakujące postacie, takie jak na przykład mężczyzna, który dzięki oszukiwaniu innych, że zdołał wyjść z jednej z morderczych pułapek, obecnie zarabia duże pieniądze; jedna ze starych ofiar Jigsawa, która otrzymała od niego tajemnicze zadanie; partnerka psychopaty; jego uczeń; wokalista zespołu Linkin Park... 

O grze aktorskiej nawet nie ma co pisać. Niektórzy z większym – jak wspomniany już muzyk, Chester Bennington, który zagrał jednego z rasistów – lub mniejszym zaangażowaniem próbują pokazać ten cały ból i rozpacz, których w filmie nie brakuje. Bez rewelacji, ale do tego typu produkcji wystarczająco. Efekty specjalne podzieliły miłośników serii, bo niektórym podobały się te zastosowane w siódmej części Piły, ale dużo osób narzekało na bardzo słabą jakość ich wykonania.

Dla miłośników serii jest to pozycja obowiązkowa, bo ponoć ostatnia. Biorąc jednak pod uwagę zakończenie filmu, wydaje się to być mało prawdopodobne. Pozostali widzowie, którzy nie poznali się na poprzednich częściach, z pewnością nie zrobią tego dzięki finałowej odsłonie.

Plusy:
+ ponoć jest to ostatnia część (dla osób, które nie przepadają za serią)
+ zaskakujące zwroty akcji
+ twórcy wciąż wymyślają nowe pułapki
+ scena, dzięki której widzowie zobaczą, że nie warto być rasistą 

Minusy:
- ponoć jest to ostatnia część (dla osób, które są miłośnikami Piły)
- niespójna
- błędy w fabule (biorąc pod uwagę poprzednie części) 

24 listopada 2010

Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I

Najnowsza część przygód „chłopca, który przeżył” w reżyserii Davida Yatesa jest najmroczniejszą ze wszystkich siedmiu, które do tej pory powstały. Czy to wystarczy, aby film uznać za udany? 

Voldemort (Ralph Fiennes) i jego poplecznicy rosną w siłę, natomiast siły dobra nie dość, że i tak są niewielkie, to jeszcze przez cały czas się przerzedzają. Harry (Daniel Radcliffe) i jego przyjaciele w końcu postanawiają rzucić szkołę i wyjść naprzeciw przeznaczeniu, którego i tak nie unikną. Jest jednak pewien problem – wypełnienie woli nieżyjącego Dumbledore'a (Michael Gambon) z każdą chwilą staje się coraz trudniejsze... 

Po bardzo dobrze zrealizowanym początku, na który składa się kilka różnych, stosunkowo krótkich scen (eskortowanie Harry’ego Pottera, spotkanie śmierciożerców) następuje małe rozczarowanie. Zauważalnie spada tempo akcji, które w książce przez cały czas było na naprawdę wysokim poziomie. Na szczęście co jakiś czas pojawia się jakiś „dopalacz”, dzięki któremu akcja nabiera rozpędu, a widz zapomina o otaczającym go świecie. Doskonałym przykładem takiej sceny było drugie pojawienie się Zgredka, który za każdym razem pokazuje, jak potężne są domowe skrzaty. Scena tańca Hermiony (Emma Watson) i Harry’ego była jedną z najlepszych, które reżyser dodał od siebie do tej magicznej historii. Okrutny świat, niezdarny Harry i piosenka Nicka Cave’a zatytułowana O Children. Zaskakujące i udane posunięcie. 

Gra aktorska jest taka jak zawsze w przypadku filmów o przygodach młodego czarodzieja (przynajmniej w kilku ostatnich częściach), czyli aktorzy grają dobrze, chociaż momentami wypadają (również w dialogach) za bardzo przerysowanie i nieco sztucznie. W ciekawy sposób (w formie animowanej) zrealizowano opowieść o trzech braciach, którzy próbowali oszukać śmierć. Muzyka, za którą odpowiada Alexandre Desplat, jest świetnie dopasowana. Dzięki niej film jest jeszcze mroczniejszy. Nieco gorzej jest z dialogami – momentami są bardzo infantylne i sztuczne, chociaż w pewnym stopniu równoważy to przygnębiającą atmosferę filmu. 

Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I to film, który mogą obejrzeć nawet osoby nieznające tej historii, ale z pewnością nie połapią się one we wszystkich wątkach, powiązaniach między bohaterami i symbolach, których w filmie jest dosyć dużo. 

Plusy:
+ mroczny
+ jest to jedna z najlepszych części
+ bardzo dobry początek 

Minusy:
+ aktorzy grający główne role są już trochę za starzy
+ nie do końca widać ogromny budżet, którym dysponowali twórcy
+ nieco sztuczny
+ mógłby być lepszy
+ słabe zakończenie, które powinno bardziej zachęcić widzów do obejrzenia drugiej części 

17 listopada 2010

Devil's Playground

Kolejny film o żywych trupach, bez którego świat by się nie zawalił. Jeżeli ktoś oglądał 28 tygodni później, śmiało może odpuścić sobie seans. Devil's Playground to film słaby, którego nie ratuje nawet w miarę dobra fabuła. 

Ze względu na to, że ludzie ciągle żyją w biegu, pewna firma pracuje nad specyfikiem, który będzie poprawiał wydajność organizmu. Niestety, wbrew oczekiwaniom coś poszło nie tak i z 30 tysięcy osób, które zgłosiły się do testowania nowego leku, 29999 zachorowało. Jedynie Angela Mills (MyAnna Buring) nie cierpi na żadne skutki uboczne, chociaż nikt tak naprawdę nie wie, gdzie ona się znajduje. Wyszkolony i doświadczony w rozwiązywaniu rozmaitych problemów Cole (Craig Fairbrass) postanawia ją odnaleźć i w międzyczasie dochodzi do wniosku, że chyba jednak był złym człowiekiem. 

Może i wygląda to ciekawie, ale aktorzy wypadli w filmie tak kiepsko i denerwująco, że właściwie widz w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, kiedy któryś zombie skróci cierpienia bohaterów. Devil's Playground jest pełen błędów. Chociażby wątek dziecka - Angela i Joe są święcie przekonani, że jego ojcem jest Joe. Nikt nie zwraca uwagi na fakt, że właśnie wyszedł on po dziesięciu miesiącach z więzienia i przez ten cały czas w ogóle nie miał kontaktu z Angelą. 

Drażniące są także sceny pełne patosu, które niczego nie wnoszą, a tylko podkreślają nieudolność produkcji. Swoją drogą – chociaż prawie każdy z bohaterów nie ufa pozostałym i próbuje ich wykołować, to jak przychodzi co do czego, bez zastanowienia podejmuje próbę uratowania kogoś i zwykle kończy się to dla nich z opłakanym skutkiem. Muzykę skomponował James Edward Barker i pomimo tego, że dobrze się jej słucha, to chyba komuś pomyliły się filmy – do tej produkcji zdecydowanie można było dobrać coś mniej klasycznego. 

Devil's Playground z pewnością nie jest filmem udanym, ale też bardzo łatwo można znaleźć gorsze produkcje. Jest to horror z elementami dramatu, w którym twórcy zapomnieli, które cechy powinny dominować. 

Plusy:
+ film przy którym nie trzeba myśleć
+ fabuła jest na swój sposób interesująca
+ dzięki takim filmom łatwiej doceniać inne produkcje o podobnej tematyce

Minusy:
+ wtórny
+ gloryfikacja młotka
+ nudny
+ nieprawdopodobnie szybkie mutacje
+ przewidywalny
+ bezsensownie i nierealnie pogrubione żyły zarażonych
+ przerysowany
+ słaba gra aktorska
+ źle dobrana muzyka 

Moja ocena: 2/6

10 listopada 2010

Scott Pilgrim kontra świat (Scott Pilgrim vs. the World)

Świat komiksu jeszcze nigdy nie był taki filmowy jak w produkcji Scott Pilgrim kontra świat. Edgar Wright podjął się reżyserii komiksów o przygodach z pozoru zwyczajnego nastolatka - Scotta Pilgrima, który jednak nie do końca jest taki zwyczajny, ani... nie jest nastolatkiem. 

Scott Pilgrim (Michael Cera) to gitarzysta basowy zespołu Sex Bob-Omb i ma wszystko, o czym marzą młodzi ludzie – ładną dziewczynę, która kocha go całym sercem, przyjaciół, nie narzeka na brak pieniędzy (w jednej ze scen ktoś zadaje Scottowi pytanie czy kiedykolwiek w ogóle pracował) i posiada super moce. Tak, Scott jest jedynym w swoim rodzaju superbohaterem. Czy jest coś, co może pogmatwać udane życie? Oczywiście. Dziewczyna o imieniu Ramona V. Flowers (Mary Elizabeth Winstead), w której nasz bohater zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Nie dość, że musi on zmierzyć się z jej trudnym charakterem, to dodatkowo próbuje go zabić liga złych byłych, w skład której wchodzą wszyscy poprzedni partnerzy Ramony. 

Jak widać – jest naprawdę ciekawie i oryginalnie, a jeżeli ktoś nie miał okazji zapoznać się z komiksem, to może liczyć na naprawdę niezłą i zaskakującą przygodę. Scott Pilgrim kontra świat to film, który garściami czerpie z popkultury, a szczególnie z gier. Wystarczy zresztą spojrzeć na początkowe logo wytwórni Universal. 

Ponieważ jest to wyjątkowa adaptacja komiksów, to odgłosy towarzyszące uderzeniom (a walk jest naprawdę dużo i są one naprawdę świetnie zrealizowane) nie tylko słychać, ale również widać. Wszystkie pojedynki są bardzo przerysowane i nierzeczywiste, ale dzięki temu stanowią wizualną ucztę. Warto też wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, która została dobrze dobrana i śmiało można kupować soundtrack. 

Co się zaś tyczy gry aktorskiej – nie można się praktycznie do niczego przyczepić. Michael Cera odpowiednio zagrał głównego bohatera, Ellen Wong wypadła naturalnie w roli ślepo zakochanej dziewczyny, patrząc na Mary Elizabeth Winstead nietrudno się dziwić, że Scott Pilgrim stracił głowę dla Ramony V. Flowers, a Kieran Culkin (brat aktora, którego wszyscy znają z filmu Kevin sam w domu) wykreował świetnego homoseksualnego bohatera, który potrafi rozbawić widzów. 

W jednej ze scen Scott wyczekuje na paczkę, którą zamówił wyłącznie po to, żeby zobaczyć piękną dziewczynę (Ramonę). Kiedy pisałem tę recenzję, zadzwonił dzwonek i ktoś powiedział: paczka! Z nadzieją otworzyłem drzwi i zobaczyłem... starego listonosza. No cóż – życie to nie film. Na koniec, w ramach ciekawostki – udany rzut wspomnianą paczką do śmietnika wykonany przez Scotta to nie efekt komputerowy, a efekt wielu prób.

Plusy:
 + oryginalny
+ fabuła
+ ciekawe ujęcia
+ komiksowe wstawki
+ muzyka
+ liczne nawiązania do popkultury

Minusy:
- nie jest to film dla każdego

5 października 2010

Niezniszczalni (The Expendables)

Ostatnio miałem okazję obejrzeć nową produkcję hollywoodzkiego kina, wyreżyserowaną przez samego Sylvestra Stallone'a! Film Niezniszczalni - bo o nim mowa - jest obsadzony całą plejadą gwiazd kina akcji. Sylvester Stallone, Jet Li, Jason Statham, Mickey Rourke, Dolph Lundgren ( tak tak, Draco z czwartej części Rocky'ego - prawdziwy twardziel!) i epizodycznie Arnold Schwarzenegger oraz... Bruce Willis! Na deser kilku zapaśników, którzy również stali się aktorami. Podsumowując - daje nam to prawdziwie 'zabójczą' obsadę tego filmu.

Niektórzy mogą mieć obiekcje, że brakuje głębszej fabuły, że dialogi są mierne, ale to nie o to chodzi w Niezniszczalnych. Jest to kino akcji, w którym główny nacisk położono na walkę, strzelaniny i zakręcone militarne akcje. Zsumowanie wszystkich bohaterów filmów akcji przyniosło w rezultacie dobry, szybki film, którego amator takiego rodzaju produkcji nie powinien pominąć. Jak już wspominałem, dialogi nie są wyszukane, ale wiele osób pewnie zwróci uwagę, że większość tekstów jest do bólu ironicznych, chociażby scena, w której biorą udział trzej najwięksi twardziele w historii kina: Rambo, Terminator i Butch - jest ona przesiąknięta sarkazmem. :)

Faktem jest, że jak zwykle za dużo w tym wszystkim przesady (samolot lecący ponad nadbrzeżem, który potrzebuje kilku sekund żeby zatoczyć wielkie koło nad wyspą, a chwilę później wlecze się niczym żółw). Nienaturalnie wielkie wybuchy, no i oczywiście zabici, którzy padają martwi z prędkością światła. Do tego jednak już zostaliśmy przyzwyczajeni. Niezniszczalni to dobry film na ponure, chłodne i jesienne wieczory. W sam raz do tego, aby zaznać odrobiny adrenaliny. 

Plusy:
+ genialna, "twarda" obsada
+ gra Jasona Stathama
+ sarkazm w dialogach
+ no i oczywiście "Strzał ostrzegawczy!" ale tego sami musicie się dowiedzieć :)

Minusy:
- monotematyczny
- za krótki

Moja ocena: 5/6

Interesuje Cię zakup tego filmu? Znajdziesz go w Gandalfie!

30 sierpnia 2010

Incepcja

Christopher Nolan to wyjątkowy reżyser, który lubi wyzwania. Pokazał to w 2005 roku, kiedy podjął się reżyserii filmu Batman: Początek. Było to dosyć ryzykowne zważywszy na fakt, że pierwszy Batman – wyreżyserowany przez Tima Burtona – cieszy się do tej pory ogromnym uznaniem fanów. Nowa wersja przygód Człowieka-nietoperza okazała się na szczęście produkcją udaną i jak było do przewidzenia, Nolan dostał zielone światło na kontynuowanie serii.

Kolejnym filmem reżysera był Mroczny Rycerz. Po raz pierwszy film o Batmanie nie miał Batmana w tytule. Nie wszyscy uważali to za słuszną decyzję, ale... film otrzymał sześć nominacji do Oscara i zgarnął dwie statuetki. Wtedy jednak reżyser zaskoczył wszystkich. Powiedział, że zamiast trzeciej części nowego Batmana zrobi film, którego akcja będzie się działa we śnie. Chodziło oczywiście o pomysł, który z czasem przerodził się w genialną Incepcję.

Z pewnością jest to jak do tej pory najlepszy film tego reżysera. Surrealistyczny obraz porównywany do Matrixa zdobył uznanie widzów i krytyków na całym świecie. Incepcja nie jest jednak kopią lub plagiatem dzieła Wachowskich, chociaż na pierwszy rzut oka wiele elementów jest podobnych. Pewne jest jednak to, że jeżeli ktoś pokochał Matrixa za oryginalną fabułę i zagmatwane zwroty akcji, to oglądając Incepcję poczuje się jak... we śnie. Stanowi on zresztą podstawę filmu, gdyż głównym bohaterem jest Dom Cobb (Leonardo DiCaprio), który jest najlepszy w wykradaniu informacji od ludzi, którzy śnią. Wykradanie nie jest trudne i zajmuje się nim wiele osób. Cobb jednak jest w tym najlepszy i dlatego otrzymuje wyjątkowe zlecenie – musi zaszczepić idee w umyśle spadkobiercy pewnego biznesmena. Jeżeli mu się powiedzie, to w końcu jego papiery zostaną „wyczyszczone” i znowu będzie mógł być ze swoimi dziećmi, dlatego też postanawia on użyć wszystkich dostępnych środków – z jednego snu wchodzi do drugiego, a z niego...

Incepcja jest filmem niezwykle dopracowanym. Można oglądać go po kilka razy, a i tak nie znajdzie się żadnej większej niespójności. Ich po prostu nie ma! Należy jednak pamiętać o jednym – oglądając ten film nie można sobie pozwolić nawet na chwilę nieuwagi, gdyż ciężko będzie wtedy ogarnąć cały zamysł reżysera.

Nowy film Nolana zachwyca również muzyką, która została świetnie dopasowana. Motywy wykorzystane w Incepcji doskonale budują napięcie. Obsadę filmu stanowią niemal same gwiazdy - Michael Caine, Leonardo DiCaprio, Marion Cotillard, Joseph Gordon-Levitt (grany przez niego Arthur to najlepiej ubrana postać w całym filmie), Marion Cotillard (znana z filmu Wrogowie publiczni - grała dziewczynę Johna) i inni – więc ciężko zarzucić coś ich grze aktorskiej. DiCaprio zrobił niemałe postępy od czasów Titanica.

Co ciekawe, niektórzy zaliczają Incepcję do gatunku heist film (należą do niego między innymi Wściekłe psy Quentina Tarantino), który jak do tej pory nie ma swojego polskiego tłumaczenia. Określa on filmy, w których bohaterowie próbują coś ukraść. Sztukę tę do perfekcji opanował Christopher Nolan, którego najnowszy film trwa około dwóch i pół godzin, a po seansie widz ma ważenie, że minęło zaledwie kilka minut.

Plusy:
+ genialna fabuła
+ DiCaprio w końcu zmężniał
+ przekonywująca rola Marion Cotillard
+ świetna reżyseria
+ odpowiednio dobrana muzyka
+ scena z załamaniem się drogi

Minusy:
- początek niezbyt zachęcający do seansu
- nie ma chwili wytchnienia dla umysłu
- mało efektów specjalnych

30 maja 2010

Ciacho

   Kilka miesięcy czekałem aby obejrzeć ten film, ale nie miałem jakoś okazji. Od razu zachęciła mnie do tego obsada: Kot, Karolak, Małaszyński, Bosak, Liszowska... a nawet znana większości internautom Pani Basia, oraz kandydat na prezydenta Białegostoku - Krzysztof Kononowicz! Miał być hit, wyszło niezupełnie.

Fakt, subiektywnie patrząc byłem zachwycony, ale będąc obiektywnym, większość żartów to dobrze znane wszystkim dowcipy, powiedzonka i odzywki. Sam początek filmu nawiązuje do dość nietypowego dylematu, opisanego obszernie na jednym z for internetowych.

Pozytywnie zaskoczyła mnie gra aktorów, gdyż nigdy nie przypuszczałbym, że zobaczę Małaszyńskiego w roli wsiowego głupka, a Bosaka jako pantoflarza z lękiem przed żoną. Wyszło to jednak znakomicie. Karolek, którego gra Małaszyński rozbrajał mnie swoim zachowaniem. Oby Pan Paweł miał okazję jeszcze raz wcielić się w tę postać.

Jeszcze parę moich uwag: tytuł Ciacho niezbyt odnosi się do fabuły filmu, więc byłem nieco zdziwiony, iż to nie była typowa komedia romantyczna. No i pozytywnym aspektem filmu z pewnością jest ścieżka dźwiękowa, świetnie dopasowana do poszczególnym momentów.

Podsumowując, film na plus - może i nie tak jak to wszędzie ogłaszano, ale na pewno jest to jedna z lepszych polskich komedii ostatnich miesięcy.

9 marca 2010

Alicja w Krainie Czarów

Do 2009 roku istniało już co najmniej kilkanaście różnych adaptacji słynnej książki Charlesa Lutwidge'a Dodgsona (bardziej znanego jako Lewisa Carrolla), w tym najbardziej znana z Whoopie Goldberg w roli Kota z Cheshire. Kiedy jednak ogłoszono, że za najnowszą wersję odpowiedzialny będzie Tim Burton - który niemal dla każdego jest albo kultowy, albo dziwaczny i niezrozumiały - a w roli Szalonego Kapelusznika wystąpi słynna muza (muz?) Tima, czyli Johnny Depp, nie było już wątpliwości, która produkcja będzie najoryginalniejsza.

Tim już w jednym z pierwszych swoich dzieł, czyli kilkuminutowej, czarno-białej animacji, gdzie narratorem był nikt inny jak Vincent Price umieścił elementy, które z czasem stały się czymś w rodzaju wizytówki - pokręcone cienie, czarny humor, niecodzienni bohaterowie i podkrążone oczy - chociaż te ostatnie, to właściwie pojawiły się dopiero w Edwardzie Nożycorękim - i przez lata konsekwentnie podążał drogą oryginalnego artysty. Artysty, którego dziwaczne historie doskonale wpasowałyby się w niecodzienny świat, w którym przyszło przeżyć Alicji jej oniryczną przygodę.

W adaptacji Burtona, Alicje gra Mia Wasikowska, mająca ponoć polskie korzenie. Kapelusznikiem jest wspomniany już Johnny, a Czerwoną Królową - Helena Bonham Carter. Jest jeszcze Anne Hathaway jako Biała Królowa. Według mnie - odpowiednie osoby, w odpowiednich rolach. A reszta? W większości są to wygenerowane komputerowo postacie, co zważywszy na wysoką jakość efektów specjalnych w filmie, nie umniejsza im niczego w najmniejszym stopniu. Jedynym nieefektywnym efektem było 3D samo w sobie - film nakręcono w technologi 2D i dopiero później postanowiono co nieco "doprawić", dzięki czemu bilety kosztują prawie 2 razy więcej. Najbardziej trójwymiarowe to chyba były napisy tytułowe.

Sama historia opowiedziana jest w sposób oryginalny, ujrzymy tu zarówno elementy z "Alicji w Krainie Czarów", jak i z "Alicji po drugiej stronie lustra". Do tego wszystkiego dodano nowy początek i zakończenie, a niektóre wątki oraz postacie zamieniły się miejscami, jak np. zbrodniarz, który zjadł ciastko królowej - w filmie jest nim Ropuch, a w książkach Walet. Moim zdaniem, wyszło to filmowi na dobre. Mam na myśli całokształt, nie ciastkową scenę.

Zastanawia mnie tylko, kto według założeń producentów miał być potencjalnym odbiorcą. Sceny z wydłubywaniem oczu czy obciętym palcem Kapelusznika są zbyt drastyczne dla dzieci (przynajmniej tak mi się wydaje), natomiast dla starszych widzów film mógłby być bardziej... burtonowski.

Plusy:
+ Depp (zwariowany i nieszczęśliwy jednocześnie).
+ Oryginalny (jak na adaptację) scenariusz.
+ Typowe dla książki nonsensowne dialogi.
+ Biały królik wsuwający sztućce.
+ Efekty.

Minusy:
- Sztuczne 3D.
- Nie do końca określony odbiorca.