Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty

3 listopada 2010

Więzień nienawiści (American History X)

Czasami można trafić na filmy, które pomimo trudnej tematyki lub niewielkiego budżetu są bardzo udane. Wyreżyserowany przez Tony'ego Kaye Więzień nienawiści to film o neonazistowskiej tematyce, który już z tego powodu nie miał wysokiego budżetu. Dodatkową komplikacją był fakt, że w pewnym momencie reżyser został odsunięty od produkcji i za montaż zabrał się aktor grający głównego bohatera - Edward Norton. 

W filmie wcielił się on w Dereka Vinyarda, amerykańskiego neonazistę, który nie ukrywa swojego światopoglądu. Na piersi ma wytatuowaną duża swastykę i wprost okazuje niechęć względem czarnoskórych ludzi. Pewnego dnia dwaj przedstawiciele tej rasy mają wyjątkowego pecha, gdyż próbują w nocy ukraść auto, które należy do Dereka. Ten brutalnie ich zabija, przez co zostaje skazany na trzy lata pozbawienia wolności. Początkowo pragnie dołączyć do przebywających tam neonazistów, ale okazuje się, że w murach więzienia wcale nie przejmują się oni wyznawanymi przez siebie zasadami, co denerwuje Dereka. Krytykuje on białych, przez co znajduje się w sytuacji, w której ma przeciwko sobie wszystkich więźniów... czy jednak na pewno? Najgorsze jest to, że w międzyczasie młodszy brat głównego bohatera, Daniel Vinyard (Edward Furlong), postanawia pójść w ślady Dereka... 

Nie jest to koniec problemów, które spadają na głowę zapalczywego neonazisty i trzeba przyznać, że fabuła jest naprawdę udana. Historia nie jest opowiadana chronologicznie, co dodatkowo urozmaica seans. Czarno-białe retrospekcje można interpretować w ten sposób, że kiedyś Derek postrzegał ludzi wyłącznie jako dobrych lub złych. 

Niektórzy recenzenci za wadę Więźnia nienawiści uważają to, że po odsunięciu reżysera, aktorowi powierzono montaż i przez to postać grana przez Edwarda Nortona jest przez cały czas na pierwszym planie, ale wypada on w swojej roli dobrze i akurat mi to nie przeszkadzało. Niewątpliwą zaletą jest to, że film doskonale pokazuje przewrotność losu, czego najlepszym przykładem jest ostatnia scena. Zakończenie filmu jest dosyć zaskakujące, chociaż nieco zbyt naciągane.

Plusy:
+ niecodzienna tematyka
+ fabuła
+ dobrze zrealizowane sceny w zwolnionym tempie
+ ciekawe retrospekcje 

Minusy:
- niepotrzebny patos
- przerysowane postacie 

Moja ocena: 5/6

12 października 2010

Joe Black (Meet Joe Black)

W świadomości większości ludzi śmierć najczęściej przybiera formę żeńską. Pani Śmierć, ta śmierć. Zdarzają się jednak wyjątki. W książkach popularnego angielskiego pisarza fantasty - Terry'ego Pratchetta – śmierć jest rodzaju męskiego i posiada bardzo specyficzny charakter. Podobną sytuację możemy zaobserwować w filmie Joe Black w reżyserii Martina Bresta. Jak na film z 1998 roku obraz dziwi długością – prawie trzygodzinna produkcja może z tego powodu odstraszać niektórych widzów, ale nie będzie to czas zmarnowany, ponieważ film jest naprawdę ciekawy. 

Susan Parrish (Claire Forlani) po tym, jak wysłuchała przydługiego wykładu ojca na temat miłości i tego, że zasługuje na kogoś dużo lepszego niż jej obecny partner, spotyka w kawiarni wyjątkowego młodzieńca. Od słowa do słowa ich rozmowa przeradza się w coś więcej niż grzecznościowy dialog pomiędzy nieznajomymi osobami, ale niestety – trzeba się pożegnać i każdy odchodzi w swoją stronę. W międzyczasie siostra Susan dokłada wszelkich starań, aby nadchodząca impreza urodzinowa ich ojca była wyjątkowa. Nie wiadomo jednak czy tak będzie, gdyż ojca odwiedza Śmierć, pod postacią mężczyzny zwanego Joe Black (Brad Pitt), który chce z bliska przyjrzeć się życiu ludzi. Nieprawdopodobne?
   Wszystko jest tak zrealizowane, że elementów fantastycznych prawie tu nie znajdziemy w przeciwieństwie do licznych scen, które wprawią widza w chwilę zadumy. Na pewno nie powinny rezygnować z obejrzenia filmu Joe Black przeciwnicy fantastyki, gdyż stracą możliwość poznania naprawdę ciekawej historii. Muzyka skomponowana przez Thomasa Newmana jest bardzo dobra, a sceny wzruszające niewątpliwie zawdzięczają jej swoją siłę wyrazu.
   Jeżeli ktoś wzruszył się na Titanicu, to prawie na pewno podobnie będzie przy tym filmie. Brad Pitt w niektórych scenach jest bardzo irytujący, ale w końcu nikt nie powiedział, że Śmierć musi być miłą i ugodową osobą, która od razu będzie znać zwyczaje ludzkie. Tak nie jest, co na szczęście przełożyło się na kilka nieoczekiwanych scen. Chociażby ta, w której Joe Black poznaje smak masła orzechowego. Ponieważ jest to melodramat, mamy tu również niegodziwego bohatera (zwyczajnego śmiertelnika), który czyha na pieniądze wspomnianego już bogatego ojca Susan - Williama Parrisha (Anthony Hopkins). Gra aktorska tego ostatniego zasługuje na szczególną uwagę, gdyż świetnie poradził sobie z rolą żywiołowego starca, który wiódł udane życie, spełnił się zawodowo, a jego największym skarbem były córki – przynajmniej jedna z nich, gdyż druga zawsze czuła się nieco gorsza. 

Zakończenie jest o tyle dobre, że można je interpretować na wiele sposobów. Niektórzy jednak twierdzą, że scenariusz był niedopracowany i dlatego każdy musi na niektóre pytania odpowiedzieć sobie sam. Oglądanie codzienności życia ludzkiego oczami Śmierci pomaga zrozumieć, że tak naprawdę wiele rzeczy, za którymi wszyscy gonią, w rzeczywistości jest mało istotnych.

Plusy:
+ potrafi wzruszyć
+ interpretacja śmierci
+ Brad Pitt, który świetnie poradził sobie z zagraniem praktycznie dwóch różnych osób
+ zakończenie
+ wątek starszej kobiety z Jamajki i jej dialogi ze Śmiercią

Minusy:
- za długi
- momentami bardzo przeciętny
- nieco komercyjny