14 kwietnia 2010

Big Fish (Duża ryba)

Na początku seansu myślałem iż oto czekają mnie niemal dwie godziny kolejnego, dobrego filmu Tima Burtona. Kiedy jednak minęły napisy końcowe, zrozumiałem że był to niewątpliwie jeden z najlepszych i najgłębszych filmów tego reżysera. Pod tymi względami (przy odrzuceniu strony wizualnej, gdzie niewątpliwie króluje Alicja w Krainie Czarów) przebija go jedynie Ed Wood.

Big Fish jest ekranizacją książki Daniela Wallace'a, tak więc rola reżysera ograniczyła się tylko do „zilustrowania” wytworów wyobraźni pisarza. Tylko albo i AŻ! Tim Burton bowiem wyśmienicie poradził sobie z tym zadaniem. Rolę Karla – prawdziwego wielkoluda – otrzymał nieżyjący już Matthew McGrory, którego wzrost przekraczał 2,20 m. Głównego bohatera (w scenach z lat młodzieńczych) zagrał Ewan McGregor i zrobił to wyśmienicie. Z bardziej znanych osób wystąpiły tu również Alison Lohman (Wrota do piekieł) i Helena Bonham Carter, żeńska muza reżysera. Dziwi jedynie brak Jonnyego Deppa, który widocznie zajęty był inną produkcją.

Historia jest z pozoru prosta: do umierającego ojca, słynącego z opowiadania ciekawych historii przyjeżdża z dawna nie widziany syn. Pragnie on poznać prawdziwą historię swojego rodzica, okrojoną z wymyślonych wydarzeń. Niby proste, ale… Jeżeli miałbym odnieść się do innych filmów, na pewno będzie to skrzyżowanie Arizona Dream, Parnassusa i Przygód barona Munchausena. Na szczęście Tim Burton od nikogo nie ściągał. Jego film jest jednocześnie komedią i dramatem. Życiem i bajką. Prawdą i kłamstwem, które jak się okazuje - czasami rodzi się z dobrych intencji.

Zbyt wielu widowiskowych efektów specjalnych w filmie nie ma, toteż tym bardziej zapada w pamięć scena, w której po sentencji: „mówią, że jak się spotka miłość swojego życia to czas się zatrzymuje” po prostu się to staje. Dosłownie.

Bez znaczenia jest, jakie filmy oglądamy na co dzień, gdyż w Big Fish każdy znajdzie coś dla siebie.

Plusy:
+ charakteryzacja
+ klimat
+ Karl
+ nie sposób się oderwać
zdjęcia
+ zakończenie

Minusy:
- momentami (ale bardzo rzadko) niespójny
- brak Johnny'ego Deppa ;)

21 marca 2010

Nieśmiertelny

   Całkiem niedawno miałam okazję obejrzeć film pt. "Nieśmiertelny" znanego na całym świecie reżysera - Russella Mulcahy.

   Wartka akcja, wspaniałe zdjęcie, oryginalne stroje i niesamowity klimat... to wszystko sprawia, że film ogląda się jednym tchem. Mimo że film jest dosyć stary (rok produkcji to 1986) - jego efekty specjalne zadziwiają. Do końca oglądania nie mogłam uwierzyć, że dzieło to powstało w odległych latach 90. Kolejnym plusem jest znakomita gra aktorów (warto dodać, że wystąpiły tu takie światowe gwiazdy jak Sean Connery czy Christopher Lambert. Właśnie dzięki tym rolom ich kariera aktorska nabrała tempa). Wielowątkowy i żywy scenariusz sprawił, że nie mogłam oderwać się od ekranu. Najbardziej zachwyciły mnie fantastyczne zdjęcia, a także wspaniale dopracowane sceny batalistyczne. Piękne obrazy krajobrazów średniowiecznej Szkocji, oraz odrobina ciekawych informacji o tamtejszym życiu dodały filmowi realizmu.

   Jedynym minusem filmu jest słaba charakteryzacja. Myślę, że jak na tamte czasy charakteryzatorki niezbyt dobrze wykonały swoją pracę. Świetnie widać to na przykładzie "czarnego charakteru". Sposób w jaki ucharakteryzowano drugoplanową postać nie podoba mi się. Uważam, że można było zrobić to lepiej.

   Na koniec chciałabym dodać kilka słów o muzyce, która powaliła mnie na kolana. Nieczęsto zdarza się, żeby takie gwiazdy jak QUEEN użyczyły swojej muzyki do filmu. Członkom zespołu tak bardzo spodobał się "Nieśmiertelny", że zaraz po premierze nakręcili teledysk, w którym znalazły się sceny z filmu.

   Myślę, że film jest godny polecenia. Fascynuje nie tylko scenariusz, akcja, wielowątkowość jak i wspaniała gra aktorów. Polecam ten film szczególnie tym, którzy lubią mieszanką fantastyki z odrobiną historii.

Plusy:
+ wspaniałe zdjęcia
+ oryginalne stroje
+ dobra obsada
+ dobrze dopracowane sceny batalistyczne
+ efekty specjalne
+ muzyka

Minusy:
- słaba charakteryzacja

Moja ocena: 4/6

9 marca 2010

Alicja w Krainie Czarów

Do 2009 roku istniało już co najmniej kilkanaście różnych adaptacji słynnej książki Charlesa Lutwidge'a Dodgsona (bardziej znanego jako Lewisa Carrolla), w tym najbardziej znana z Whoopie Goldberg w roli Kota z Cheshire. Kiedy jednak ogłoszono, że za najnowszą wersję odpowiedzialny będzie Tim Burton - który niemal dla każdego jest albo kultowy, albo dziwaczny i niezrozumiały - a w roli Szalonego Kapelusznika wystąpi słynna muza (muz?) Tima, czyli Johnny Depp, nie było już wątpliwości, która produkcja będzie najoryginalniejsza.

Tim już w jednym z pierwszych swoich dzieł, czyli kilkuminutowej, czarno-białej animacji, gdzie narratorem był nikt inny jak Vincent Price umieścił elementy, które z czasem stały się czymś w rodzaju wizytówki - pokręcone cienie, czarny humor, niecodzienni bohaterowie i podkrążone oczy - chociaż te ostatnie, to właściwie pojawiły się dopiero w Edwardzie Nożycorękim - i przez lata konsekwentnie podążał drogą oryginalnego artysty. Artysty, którego dziwaczne historie doskonale wpasowałyby się w niecodzienny świat, w którym przyszło przeżyć Alicji jej oniryczną przygodę.

W adaptacji Burtona, Alicje gra Mia Wasikowska, mająca ponoć polskie korzenie. Kapelusznikiem jest wspomniany już Johnny, a Czerwoną Królową - Helena Bonham Carter. Jest jeszcze Anne Hathaway jako Biała Królowa. Według mnie - odpowiednie osoby, w odpowiednich rolach. A reszta? W większości są to wygenerowane komputerowo postacie, co zważywszy na wysoką jakość efektów specjalnych w filmie, nie umniejsza im niczego w najmniejszym stopniu. Jedynym nieefektywnym efektem było 3D samo w sobie - film nakręcono w technologi 2D i dopiero później postanowiono co nieco "doprawić", dzięki czemu bilety kosztują prawie 2 razy więcej. Najbardziej trójwymiarowe to chyba były napisy tytułowe.

Sama historia opowiedziana jest w sposób oryginalny, ujrzymy tu zarówno elementy z "Alicji w Krainie Czarów", jak i z "Alicji po drugiej stronie lustra". Do tego wszystkiego dodano nowy początek i zakończenie, a niektóre wątki oraz postacie zamieniły się miejscami, jak np. zbrodniarz, który zjadł ciastko królowej - w filmie jest nim Ropuch, a w książkach Walet. Moim zdaniem, wyszło to filmowi na dobre. Mam na myśli całokształt, nie ciastkową scenę.

Zastanawia mnie tylko, kto według założeń producentów miał być potencjalnym odbiorcą. Sceny z wydłubywaniem oczu czy obciętym palcem Kapelusznika są zbyt drastyczne dla dzieci (przynajmniej tak mi się wydaje), natomiast dla starszych widzów film mógłby być bardziej... burtonowski.

Plusy:
+ Depp (zwariowany i nieszczęśliwy jednocześnie).
+ Oryginalny (jak na adaptację) scenariusz.
+ Typowe dla książki nonsensowne dialogi.
+ Biały królik wsuwający sztućce.
+ Efekty.

Minusy:
- Sztuczne 3D.
- Nie do końca określony odbiorca.

13 lutego 2010

Romeo i Julia

   Dramat epoki elżbietańskiej napisany przez Wiliama Szekspira fascynuje i urzeka swoją problematyką kolejnych reżyserów, zarówno teatralnych, jak i filmowych. Reżyserem, producentem i scenarzystą w jednej osobie jest Baz Luhrmann. Australijski twórca postanowił przedstawić romans szekspirowskich kochanków w czasach nam współczesnych. Dzięki takiemu zabiegowi (nowoczesna sceneria, dynamiczna muzyka, błyskawiczne tempo akcji) film bardzo szybko stał się przebojem w USA.

Miejscem akcji jest fikcyjne miasto położone na przedmieściach jednej z metropolii Stanów Zjednoczonych - Verona Beach. Głównymi bohaterami pozostają - zgodnie z oryginałem dramatu - Romeo i Julia. Wywodzą się oni z gangsterskich rodzin, a przyczyną ich wzajemnej nienawiści są porachunki. Aktorzy mówią językiem Szekspira, ale to wcale nie przeszkadza odbiorcy, ponieważ tekst jest zrozumiały.
   W rolę Romea wcielił się Leonardo DiCaprio. Pamiętamy go z takich filmów jak "Titanic" czy "Szybcy i martwi". Odtwórczynią roli Julii jest Claire Danies. Jestem pod wrażeniem pięknej, młodej i utalentowanej Claire. Jej gra aktorska potrafi wywołać u widza napięcie oraz poczucie dramaturgii. Leonardo zagrał bardzo energicznie, z pasją. Jego kunszt aktorski był naprawdę dobry. Warto wspomnieć o postaciach drugoplanowych. W pozostałych rolach wystąpili: John Legnizamo - Tybalt, Pete Postletwaite - Ojciec Laurence, Harold Perrineau - Mercutio, Dash Mihok - Benvolio, Miriam Margolyes- piastunka. Dla tych aktorów film był bramką do międzynarodowej kariery.

   Akcja filmu jest ciekawa i pasjonująca. Widz jest zainteresowany i pobudzony żywą muzyką. Niezwykła scenografia, za którą film dostał nominację do Oscara, ma w sobie elementy wielu amerykańskich miast. Zaskakujące są również kostiumy - od pięknych balowych sukien przez czarne garnitury, aż do kolorowych hawajskich koszul. Montaż filmu jest nietypowy, momentami sprawia wrażenie teledysku. 
   Wszystkie elementy, zaczynając od reżyserii, a kończąc na montażu sprawiają, że powstały obraz jest intrygujący, błyskotliwy i pozostający w pamięci.

   Mnie osobiście film zachwycił, dlatego polecam go wszystkim, którzy chcieliby odnieść satysfakcję z jego obejrzenia. Reżyser udowadnia, że krzyżując stylistykę filmów gangsterskich i meksykańskich melodramatów może powstać dzieło, które przemówi nie tylko do młodego pokolenia. Mimo nowatorskiego spojrzenia "Romeo i Julia" nie traci nic ze swego XVI - wiecznego przesłania.