3 grudnia 2010

Opowieść wigilijna (A Christmas Carol)

Dopiero rok po premierze obejrzałem najnowszą wersję Opowieści wigilijnej w reżyserii Roberta Zemeckisa, który w przeszłości wyreżyserował Ekspres Polarny, trzy części Powrotu do przyszłości oraz Forresta Gumpa!

Gdy zasiadałem do tej produkcji, przypomniały mi się zapowiedzi w telewizji emitowane rok temu: "film dla całej rodziny", "wspaniała opowieść, która przykuje uwagę całej rodziny". Sądziłem, że będzie to lekkie i przyjemne do strawienia. Jak się pomyliłem! Gdybym miał dzieci, nie wysłałbym ich na seans tego filmu, na pewno nie przed ich trzynastymi urodzinami! No, może gdybym chciał je w jakiś sposób ukarać i nastraszyć, gdyby były zbyt niegrzeczne. Sądzę, że gdyby powstało to dobre piętnaście lat temu, a moi rodzice puścili by mi ten film, byłbym teraz zupełnie innym człowiekiem!

Tak naprawdę animowane sceny przerażają odbiorców. Fakt, Carol Dickens napisał powieść mającą być przestrogą i zmusić do refleksji nad swoim zachowaniem. Jednakże jeżeli głównymi odbiorcami mieli być młodsi widzowie - a tak też było, bo do kin udawały się głównie rodziny z dziećmi, także tymi najmniejszymi - mogły utkwić w głowach najmłodszych te nieprzyjemne obrazki, jak na przykład: wypadająca szczęka duchowi Marleya, sceny z trumną... Niby nie jest takie straszne, ale gdy dochodzi do tego realizacja, a Disney naprawdę przyłożył się do stworzenia tego filmu, napawa nas grozą.

Każdy z nas zapewne zna historię spisaną przez Carola Dickensa - Ebenezer Scrooge to stary skąpiec, zamknięty w sobie i nieprzychylny dla ludzi mimo swego bogactwa. W wigilijną noc przychodzą do niego trzy duchy: duch poprzednich świąt, duch teraźniejszych świąt oraz duch świąt przyszłych. Po ukazaniu mu różnych wizji, udaje się 'naprostować' Scrooge'a. Właśnie moment przemiany Ebenezera jest najprzyjemniejszym etapem filmu, widz zaczyna się śmiać i oddziałuje na niego pozytywna energia niegdyś złego człowieka, zmienionego w dobrodusznego, pogodnego staruszka - uśmiech sam ciśnie się na usta!

Realizacja jest znakomita, jak to na Disneya przystało i gdyby nie fakt, że tak jak wspomniałem, nie poleciłbym go młodszym widzom, to dla nieco starszych odbiorców jest on znakomitą pożywką przed świętami Bożego Narodzenia - jako swego rodzaju lekcja życzliwości.

Plusy:
+ wykonanie
+odzwierciedlenie treści książki
+zmusza do refleksji
+gra aktorów w wersji anglojęzycznej, w polskiej - dubbing
    Minusy:
    - na siłę doczepić się można do tego, że nie jest dla wszystkich tak jak była reklamowana
      Moja ocena: 5+/6

      Interesuje Cię zakup tego filmu? Znajdziesz go w Gandalfie!

      24 listopada 2010

      Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I

      Najnowsza część przygód „chłopca, który przeżył” w reżyserii Davida Yatesa jest najmroczniejszą ze wszystkich siedmiu, które do tej pory powstały. Czy to wystarczy, aby film uznać za udany? 

      Voldemort (Ralph Fiennes) i jego poplecznicy rosną w siłę, natomiast siły dobra nie dość, że i tak są niewielkie, to jeszcze przez cały czas się przerzedzają. Harry (Daniel Radcliffe) i jego przyjaciele w końcu postanawiają rzucić szkołę i wyjść naprzeciw przeznaczeniu, którego i tak nie unikną. Jest jednak pewien problem – wypełnienie woli nieżyjącego Dumbledore'a (Michael Gambon) z każdą chwilą staje się coraz trudniejsze... 

      Po bardzo dobrze zrealizowanym początku, na który składa się kilka różnych, stosunkowo krótkich scen (eskortowanie Harry’ego Pottera, spotkanie śmierciożerców) następuje małe rozczarowanie. Zauważalnie spada tempo akcji, które w książce przez cały czas było na naprawdę wysokim poziomie. Na szczęście co jakiś czas pojawia się jakiś „dopalacz”, dzięki któremu akcja nabiera rozpędu, a widz zapomina o otaczającym go świecie. Doskonałym przykładem takiej sceny było drugie pojawienie się Zgredka, który za każdym razem pokazuje, jak potężne są domowe skrzaty. Scena tańca Hermiony (Emma Watson) i Harry’ego była jedną z najlepszych, które reżyser dodał od siebie do tej magicznej historii. Okrutny świat, niezdarny Harry i piosenka Nicka Cave’a zatytułowana O Children. Zaskakujące i udane posunięcie. 

      Gra aktorska jest taka jak zawsze w przypadku filmów o przygodach młodego czarodzieja (przynajmniej w kilku ostatnich częściach), czyli aktorzy grają dobrze, chociaż momentami wypadają (również w dialogach) za bardzo przerysowanie i nieco sztucznie. W ciekawy sposób (w formie animowanej) zrealizowano opowieść o trzech braciach, którzy próbowali oszukać śmierć. Muzyka, za którą odpowiada Alexandre Desplat, jest świetnie dopasowana. Dzięki niej film jest jeszcze mroczniejszy. Nieco gorzej jest z dialogami – momentami są bardzo infantylne i sztuczne, chociaż w pewnym stopniu równoważy to przygnębiającą atmosferę filmu. 

      Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I to film, który mogą obejrzeć nawet osoby nieznające tej historii, ale z pewnością nie połapią się one we wszystkich wątkach, powiązaniach między bohaterami i symbolach, których w filmie jest dosyć dużo. 

      Plusy:
      + mroczny
      + jest to jedna z najlepszych części
      + bardzo dobry początek 

      Minusy:
      + aktorzy grający główne role są już trochę za starzy
      + nie do końca widać ogromny budżet, którym dysponowali twórcy
      + nieco sztuczny
      + mógłby być lepszy
      + słabe zakończenie, które powinno bardziej zachęcić widzów do obejrzenia drugiej części 

      17 listopada 2010

      Devil's Playground

      Kolejny film o żywych trupach, bez którego świat by się nie zawalił. Jeżeli ktoś oglądał 28 tygodni później, śmiało może odpuścić sobie seans. Devil's Playground to film słaby, którego nie ratuje nawet w miarę dobra fabuła. 

      Ze względu na to, że ludzie ciągle żyją w biegu, pewna firma pracuje nad specyfikiem, który będzie poprawiał wydajność organizmu. Niestety, wbrew oczekiwaniom coś poszło nie tak i z 30 tysięcy osób, które zgłosiły się do testowania nowego leku, 29999 zachorowało. Jedynie Angela Mills (MyAnna Buring) nie cierpi na żadne skutki uboczne, chociaż nikt tak naprawdę nie wie, gdzie ona się znajduje. Wyszkolony i doświadczony w rozwiązywaniu rozmaitych problemów Cole (Craig Fairbrass) postanawia ją odnaleźć i w międzyczasie dochodzi do wniosku, że chyba jednak był złym człowiekiem. 

      Może i wygląda to ciekawie, ale aktorzy wypadli w filmie tak kiepsko i denerwująco, że właściwie widz w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, kiedy któryś zombie skróci cierpienia bohaterów. Devil's Playground jest pełen błędów. Chociażby wątek dziecka - Angela i Joe są święcie przekonani, że jego ojcem jest Joe. Nikt nie zwraca uwagi na fakt, że właśnie wyszedł on po dziesięciu miesiącach z więzienia i przez ten cały czas w ogóle nie miał kontaktu z Angelą. 

      Drażniące są także sceny pełne patosu, które niczego nie wnoszą, a tylko podkreślają nieudolność produkcji. Swoją drogą – chociaż prawie każdy z bohaterów nie ufa pozostałym i próbuje ich wykołować, to jak przychodzi co do czego, bez zastanowienia podejmuje próbę uratowania kogoś i zwykle kończy się to dla nich z opłakanym skutkiem. Muzykę skomponował James Edward Barker i pomimo tego, że dobrze się jej słucha, to chyba komuś pomyliły się filmy – do tej produkcji zdecydowanie można było dobrać coś mniej klasycznego. 

      Devil's Playground z pewnością nie jest filmem udanym, ale też bardzo łatwo można znaleźć gorsze produkcje. Jest to horror z elementami dramatu, w którym twórcy zapomnieli, które cechy powinny dominować. 

      Plusy:
      + film przy którym nie trzeba myśleć
      + fabuła jest na swój sposób interesująca
      + dzięki takim filmom łatwiej doceniać inne produkcje o podobnej tematyce

      Minusy:
      + wtórny
      + gloryfikacja młotka
      + nudny
      + nieprawdopodobnie szybkie mutacje
      + przewidywalny
      + bezsensownie i nierealnie pogrubione żyły zarażonych
      + przerysowany
      + słaba gra aktorska
      + źle dobrana muzyka 

      Moja ocena: 2/6

      10 listopada 2010

      Scott Pilgrim kontra świat (Scott Pilgrim vs. the World)

      Świat komiksu jeszcze nigdy nie był taki filmowy jak w produkcji Scott Pilgrim kontra świat. Edgar Wright podjął się reżyserii komiksów o przygodach z pozoru zwyczajnego nastolatka - Scotta Pilgrima, który jednak nie do końca jest taki zwyczajny, ani... nie jest nastolatkiem. 

      Scott Pilgrim (Michael Cera) to gitarzysta basowy zespołu Sex Bob-Omb i ma wszystko, o czym marzą młodzi ludzie – ładną dziewczynę, która kocha go całym sercem, przyjaciół, nie narzeka na brak pieniędzy (w jednej ze scen ktoś zadaje Scottowi pytanie czy kiedykolwiek w ogóle pracował) i posiada super moce. Tak, Scott jest jedynym w swoim rodzaju superbohaterem. Czy jest coś, co może pogmatwać udane życie? Oczywiście. Dziewczyna o imieniu Ramona V. Flowers (Mary Elizabeth Winstead), w której nasz bohater zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Nie dość, że musi on zmierzyć się z jej trudnym charakterem, to dodatkowo próbuje go zabić liga złych byłych, w skład której wchodzą wszyscy poprzedni partnerzy Ramony. 

      Jak widać – jest naprawdę ciekawie i oryginalnie, a jeżeli ktoś nie miał okazji zapoznać się z komiksem, to może liczyć na naprawdę niezłą i zaskakującą przygodę. Scott Pilgrim kontra świat to film, który garściami czerpie z popkultury, a szczególnie z gier. Wystarczy zresztą spojrzeć na początkowe logo wytwórni Universal. 

      Ponieważ jest to wyjątkowa adaptacja komiksów, to odgłosy towarzyszące uderzeniom (a walk jest naprawdę dużo i są one naprawdę świetnie zrealizowane) nie tylko słychać, ale również widać. Wszystkie pojedynki są bardzo przerysowane i nierzeczywiste, ale dzięki temu stanowią wizualną ucztę. Warto też wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, która została dobrze dobrana i śmiało można kupować soundtrack. 

      Co się zaś tyczy gry aktorskiej – nie można się praktycznie do niczego przyczepić. Michael Cera odpowiednio zagrał głównego bohatera, Ellen Wong wypadła naturalnie w roli ślepo zakochanej dziewczyny, patrząc na Mary Elizabeth Winstead nietrudno się dziwić, że Scott Pilgrim stracił głowę dla Ramony V. Flowers, a Kieran Culkin (brat aktora, którego wszyscy znają z filmu Kevin sam w domu) wykreował świetnego homoseksualnego bohatera, który potrafi rozbawić widzów. 

      W jednej ze scen Scott wyczekuje na paczkę, którą zamówił wyłącznie po to, żeby zobaczyć piękną dziewczynę (Ramonę). Kiedy pisałem tę recenzję, zadzwonił dzwonek i ktoś powiedział: paczka! Z nadzieją otworzyłem drzwi i zobaczyłem... starego listonosza. No cóż – życie to nie film. Na koniec, w ramach ciekawostki – udany rzut wspomnianą paczką do śmietnika wykonany przez Scotta to nie efekt komputerowy, a efekt wielu prób.

      Plusy:
       + oryginalny
      + fabuła
      + ciekawe ujęcia
      + komiksowe wstawki
      + muzyka
      + liczne nawiązania do popkultury

      Minusy:
      - nie jest to film dla każdego